sobota, 14 kwietnia 2012

Na morzu

~ Piatek, 13-stego na morzu ~
(ale bez obaw, nie bedzie grozy)

Mój operator dał mi do zrozumienia, ze publikowanie postów za pomocą telefonu komórkowego jest niestety dużym obciążeniem dla mojego budżetu. Powróce wiec do wrzucania ich prz IPod - w związku z tym regularnosc publikacji moze ucierpiec, bo bede zależny od internetu przez WiFi, a zdjęcia bede mógł zalaczac tylko gdy dopadne jakis normalny komputer.

Płyniemy - pogoda stabilna: mgła, przyjemna bryza od wody. Niektórzy wspolpasazerowie wyciągnęli nawet swetry. Mnie tam to odpowiada - przypuszczam, ze w upał ten rejs byłby mocno uciążliwy.

Niestety turystyczna eksploatacja zatoki prowadzona jest w sposób rabunkowy - wodę pokrywają tony śmieci i oleju smarowniczego z pływających tu statków.

Zwiedzilismy jaskinie Sun Sot na jednej z krasowych wysepek - ogromny, skalny twór. Robi wrażenie. Pilnie strzeżona przed rozgrabieniem ze stalaktytow / stalagmitow, choć juz trochę na to za późno. Po wycieczce możliwość poplywania kajakami po zatoce. Biorąc pod uwagę korzuch śmieci pływających po wodzie i stojące / płynące we wszystkich kierunkach statki i kutry, nie decydowalismy sie na ta atrakcje. Wspomoglismy za to lokalna gospodarkę kupując piwo od miejscowych, w celu uzupełnienia cennych płynów ustrojowych - słońce co prawda nie pali, ale i tak jest gorąco, a wędrówka po jaskini tez była odrobine pracochlonna. Ze mnie woda leje sie strumieniami, wiec moja wiecznie przepocona koszula zwraca uwagę. Zatoka Ha Long to miejsce bardzo urokliwe, wiec prawie w ogóle nie odejmuje od oka aparatu fotograficznego od oka.

Zmierzch nadchodzi tu ok. 18:00. Za kilka minut bedzie kolacja. Ponieważ cała grupa turystów na naszym statku liczy 13 osób, wiec wszyscy jemy przy jednym wspólnym stole - w teorii ma to umożliwić integrację. Mnie to szczerze mówić nieco nudzi, bo wymaga od nas prowadzenia kurtuazyjnych rozmów o rzeczach które nie szczególnie mnie intersuja, z ludźmi których kompletnie nie znam. Tym bardziej, ze utrudnia to jedzenie! Ciężar prowadzenia rozmwy przejęła na siebie Asia jako znacznie lepiej wladajaca angielskim - ja wlaczam tylko jakis wyraz albo "uhmm" w miejscu które wydaje mi sie właściwe. Towarzystwo bardzo wymieszane etnicznie, o dziwo wszyscy w zasadzie w naszym wieku - w większości studenci ostatnich lat na przedłużonych wakacjach: są Francuzi, Kanadyjczycy, Malajka, Holendrzy (ku mojemu zdziwieniu i zazdrosci znacznie grubsi ode mnie, a w ogóle nie widać na ich potu), trzy Islandki, Australijczyk.

Przewodnik mowil (a jak na osobę, ktorej język angielski nie jest językiem od urodzenia, mówi swietnie), ze Wietnamczycy nie maja skłonności do tycia - rzeczywiście do tej pory nie widziałem otylego mieszkańca tego państwa.

Kolacja wystawna tak jak obiad - smacznie i rozmaicie. Po kolacji dyskoteka - czyli grupka ludzi próbująca przekrzykiwac głośna muzyke przy jednym stole. Darowalismy sobie ta rozrywkę i poszliśmy powylegiwac sie w chlodzie wieczoru na pokładzie spacerowym - szybko okazało sie, ze nie tylko my wpadliśmy na ten pomysł...
Stoimy zacumowani na środku zatoki, tak jak inne wycieczkowce, których światła widać ze wszystkich stron. Jest ich mnóstwo, a mimo to panuje prawie idealna cisza. Towarzystwo na pokładzie szybko poszło naszym śladem i opuściło mese na rzecz pokładu spacerowego.
Dzieki temu szybko zawiazalo sie kółko dyskusyjne - z szerokim zakresem omawianych tematów. Mieliśmy wiec szanse bliżej poznać naszych wspolpasazerow. Tym razem to ja podtrzymywalem dyskusje, wreszcie dotyczyla ona spraw dla mnie ciekawych, m.in. takich jak historia i kultura europejska - dla wiekszosci wspolpasazerow malo znanych. Jedynie trzeba było co jakis czas dralowac na dol do baru, zeby uzupełniać płyny ustrojowej. Ponieważ jutro trzeba bedzie wstać o 6:00, zeby dostać sie o świcie na wzgórze Tiptop, wiec przez rozsądek przerwalismy nasze rozmowy, zeby choć na chwile sie zdrzemnac...

~ Kolejny dzień na morzu ~

Noc chłodna, wiec spalo sie rewelacyjnie, choc kolo 4:00 znowu obudzilem sie na chwile (widac jeszcze nie do konca moj organizm dostosowal sie do zmany czasu). Statek w nocy cichy. Poranek pochmurny, ale bez mgły - wiec jest szansa, ze zobaczymy cos ze szczytu Tiptop (gurujacego nad zatoka). Zaraz wyruszamy.
Krótka chwila i juz przyplywamy na miejsce. W międzyczasie zrezygnowalismy wspanialomyslnie z arbuza na przekaske przed wyprawa - lepiej nie destabilizowac zoladkow. Na wodzie silny wiatr, ale na lądzie duszno. Pod gore szło sie cieżko, zwłaszcza ze dla wygody turystów w skale wykuto stopnie - ale rozmiarami odpowiednie dla ludzi z małymi stopami. Trud wchodzenia rekompensowaly widoki na zatoke, z tarasu na szczycie! Po zejściu na dół chwila wytchnienia i wracamy na śniadanie na statek. Śniadanie bardzo skromne jak na standardy zywieniowe na statku: tosty z dzemem i jajecznica. Przy jedzeniu dyskusje na temat poprzedniego wieczoru i typowe opowieści o tym ile kto potrafi wypić - godność nie pozwoliła mi uczestniczyć w tej części dyskusji. :)
Po śniadaniu szybkie pakowania i wymeldowanie. Przy płaceniu za drinki chcieli nas skasować za dodatkowa wodę, ktorej nie zamawialismy, ale wyklocilismy sie. Przesiadka na drugi, mniejszy statek. Plyniemy na wyspę Cad Ba - przewodnik ostrzega zeby wartsciowe przedmioty zabrać ze sobą, bo zdarza sie ze pozostawione bagaże są przeglądane. Doświadczenie z poprzednich podróży nauczyło nas, ze tak sie zawsze trzeba pakować, wiec nie musimy juz niczego przepakowywac. Pogoda idealna do rejsu - nie ma słońca i lekka bryza. Pozegnalismy cześć naszych wspoltowarzyszy podróży - 5 osób zdecydował sie na 2 dniowa wycieczkę - pozostał nas zatem tylko 8 osób. Ma to taka zaletę, ze jest bardzie rodzinnie ;)

Wycieczka na wyspę Cat Ba miażdży! Po wyladunku na brzeg przesiedlismy sie na rowery i droga wiodąca przez góry, dżungle i jaskinie przedostalismy sie do wioski w sercu wyspy. Tutaj po chwili odpoczynku zaczęliśmy wspinaczkę na szczyt gorujacy nad wyspa, by wejść do znajdującej sie wewnątrz jaskini. Wspinaczkę wenatrz niej do gniazda nietoperzy darowalismy sobie, choc znalezli sie smialkowie, ktorzy tego dokonali - jak zobaczylem co przeszli doszedlem do wnisku, ze slusznie zrezygnowalem. Jako najstarszy z całej wycieczki doszedłem do wniosku, ze było by nieodpowiedzialne wlazic tam ;) Po wyjściu z jaskini i zejściu w dolinę obmylismy sie w strumieniu i znowu zaczęliśmy sie wspinać na przełęcz nad wioska. Stamtąd zeszlismy z powrotem do naszych rowerów i po krótkiej przerwie pojechaliśmy na nabrzerze. Na statku oczekiwało nas orzezwiajace piwo i wystawny obiad. Ku naszej uciesze do tego posilku dostalismy paleczki - poprzedniego dnia zawsze byly niestety normalne sztucce. Czego by nie powiedzice o jedzeniu paleczkami, to maja jedna podstawowa przewage - zmuszaja do wolnego jedzenia, malymi kesami.
Jestem sobie w stanie wyobrazic jak ciezka byla by ta wycieczka w pelnym sloncu - na szczescie pogoda jest caly czas taka sama: pochmurno i niezbyt goraco. Po skończonym posiłku rozpoczęliśmy rejs do wyspy małp.

Wcześniej pisałem, ze nasz przewodnik - Thuk - jest znudzony prowadzeniem takich wycieczek. Nadal podtrzymuje ta opinie, ale teraz widze, ze gość ma ogromne doświadczenie i wiedzę - po za tym uczciwie przedstawia wszystkie wady / zalety każdego proponowanego rozwiązania. Opinie, które czytaliśmy na temat agencji w Ha Noi, w ktorej zdecydowaliśmy sie wykupić ta wycieczkę byly bardzo pozytywne i teraz widze, ze niebezpodstawnie. Po za tym, ze oferują ciekawsza i bardziej urozmaicona trasę, to są cenowo atrakcyjni i jakość usług jest w pełni zadowalająca.

Wyspa małp bardzo fajna. Mieliśmy wylądować jak w Normandii z dziobu statku prosto do wody i piechotą do brzegu, ale własnie był odpływ i statek nie mógł podejść tak blisko, wiec na plaże zabrała nas bambusowa lodka.
Plaża ładna, piaszczysta z fragmentami rafy do zbierania. Małpy rzeczywiście są - dwie większe z czerwonymi tylkami i kilka małych. Raczej mało przyjazne, lakome na jedzenie. Pospacerowalismy sobie po brzegu, pomoczylismy nogi w wodzie - na kąpiel jednak nieco dla mnie za zimna (choć chętnych było mnóstwo), a potem powiedzieliśmy na piasku. Widzielismy tam pare Polaków z dzieckiem, ale nie nawiazywalismy relacji. Poziom wody podniósł sie wiec stateczek zabrał nas bezpośrednio z plaży. Na dziś koniec zwiedzania - plyniemy do hotelu, a tam po kolacji czas wolny.

1 komentarz:

  1. Michał, czytamy i czekamy też na Twoje zdjęcia. Zastanawiam się już powoli czy Ty też tam jesteś ;) Na Gagarina sprawdzałem, niby się światła nie palą ale może piszesz posty po ciemku.
    Da się jeść ze straganów na ulicach?
    Mać

    OdpowiedzUsuń