


Troche zabraklo nam szczescia, a dokladniej trzech dni - 16 kwietnia wszedl w Hue nowy taryfikator wstepow do poszczegolnych obiektow muzealnych i tak np. za Cytadele placilo sie 55 ty. Dongow, a obecnie 80, inny z obiektow na trasie byl w ogole za darmo, a teraz jest za 80 tys. Poniewaz dopiero przewodnik nas o tym poinformowal, wiec wycieczkowiczow skonsternowalo to. Poprosilismy go o wskazanie w tej sytuacji obiektu, ktory moglibysmy sobie darowac, tak by planowany koszt imprezy pokryl sie z rzeczywistym. Wypadl trzeci, ponoc najmniej ciekawy grobowiec krolewski. Coz - w naszym wypadku wyjazd powoli zbliza sie do konca, to i budzet nalezy coraz rozsadniej planowac :)
Po obiedzie rejs po "Perfumowej rzece" przeplywajcej przez Hue. Czyli znowu na wodzie. Widoki nie rzucaja na kolana. Plus jedynie taki, ze jest nieco chlodniej, gdy plyniemy i wieje od wody. Ale trzeba na to spojrzec w ten sposob: kiedy (i czy w ogole?) bede mial jeszcze szanse w zyciu plywac po "Perfumowej rzece"?
Nasz przewodnik jest w porzadku. Gna nas po zabytkach ostrym tempem, tak, zebysmy jak najmniej czasu spedzali na tym palacym sloncu. Co prawda jego wietnamski akcent w angielskim powoduje, ze ciezko go zrozumiec, ale to akurat nie jest problemem.
Okazuje sie, ze wietnamczycy sa bardzo religijni - w kazdym domu, hotelu, sklepie stoja male oltarzyki Buddy, ktoremu skladane sa dary w postaci slodyczy, napojow i alkoholu. Socjalizm chyba nie probowal walczyc tutaj z wierzeniami, bo obecnie bezkonfliktowo z nimi wspoldziala.
Przewodnik jest bardzo dumny ze zdobyczy wietnamskiego socjalizmu (ciekawe czy szczerze, czy tez taka mala propaganda sukcesu na potrzeby delegacji zagranicznej ;) - z przekonaniem opowiadal o przywiazaniu do barw narodowych (czerwone - socjalizm, zolte - odcien skory mieszkancow), sojuszu robotniczo-chlopskim i innych tego typu sprawach. Dobrze, ze nie potrafil prawidlowo zinterpretowac mojego ironicznego usmiechu, bo jeszcze by sie obrazil. Ta jego opowiesc brzmi za bardzo znajomo.
Dla mnie w kazdym razie caly ten polityczny eksperyment jest troche oderwany od rzeczywistosci, co najlepiej obrazuje stoisko z Coca-cola, przy bramie lokalu miejscowej komorki partyjnej :)
Coca-coli pijemy tu bardzo duzo. Wyroslem juz z przekonania, ze nie da sie nia skutecznie ugasic pragnienia. Ma ona ta przewge nad woda, ze daje po za tym kopa kofeinowego oraz dodatkowe kalorie. Wbrew pozorom tylko dzieki niej jakos trzymamy sie jeszcze na nogach po truchcie po grobowcach krolow w tym morderczym upale.
Miejscowi sprzedawcy napojow i zywnosci chyba z mojej twarzy (albo wystajacego brzucha) odczytuja moje potrzeby, bo przedstawianie oferty nieodmiennie zaczynaja od piwa :)
Rejs trwa, upal nie slabnie, a mnie juz to troche nudzi. Chyba powoli nawarstwiajace sie zmeczenie ostatnich dni powoli zaczyna brac gore, nad entuzjastycznym zachwytem wszystkim co nas otacza. Mysz tez spiaca siedzi.
Okazywanie zniecierpliwienia jest tutaj postrzegane jako objaw braku dobrego wychowania.
Przerwa w podrozy - zwiedzamy piekna pagode na wznisieniu, na brzegu - kierownik wycieczki podkresla aspekt ekonomiczny: zwiedzanie obiektu za darmo.
W pagodzie, ku naszemu zdziwieniu przechowywany jest samochod, ktorym - buddyjski mnich dotarl w 1963 roku do Sajgonu i dokonal najslynniejszego samospalenia w protescie przeciwko sankcjom nalozonym przez owczesne wladze na wyznawcow buddyzmu w Wietnamie. Auto widac na zdjeciach z tego wydarzenia. Poziom koncentracji tego mnicha byl tak wysoki, ze przez 3 godziny caly czas siedzac bez ruchu w pozycji lotosu pozwolil swojemu cialu calkowicie splonac.
Zmieniamy lodz na mniejsza, ale na szczescie znacznie szybsza - oboje jestesmy juz katastrofalnie zmeczeni dzisiejsza wycieczka.
W koncu doplynelismy do Hue.