poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Frankfurt i w droge do domu

Frankfurt - jak poprzednio: wielkie lotnisko, wiec i wielki problem, zeby cokolwiek zrobic (odprawic sie, przejsc kontrole bezpieczenstwa, etc.). Nienawidze tego lotniska - po czesci dlatego, ze jestem zmeczony, a organizacja tutaj wymaga dodatkowgo wysilku.
Mysz znowu wiskali szczegolowo na bramce, wiec jeszcze bardziej zirytowana.
Po za tym oczywiscie to Niemcy, wiec mozna zapomniec o darmowym internecie via WiFi - cholerni dusigrosze. W Wietnamie na kazdym kroku dostepne byly co najmniej trzy sieci - darmowy Internet tam jest wszedzie, na ulicy, w sklepie, w knajpach, w hotelach, etc. (nawet na plazy na przedmiesciach Hoi An byly cztery sieci do dyspozycji). W bardzo malych wioskach dostepne byly ogolne sieci, o silnym sygnale dla calej okolicy. Dzieki temu tak latwo tam podrozowac (rezerwacja, orientacja w okolicy, etc. via Internet), a ja na biezaco moglem redagowac nasza relacje na bloga :)
Ciekawe czy kiedys u nas tak bedzie?...

Czekajac na wylot zjedlismy drugie sniadanie i wypilismy kawe. Zaraz lecimy do domu.

Wyladowalismy w Warszawie - nieniejszym nasza druga, dalekowschodnia podroz zostala zakonczona!

Przelot do Frankfurtu

Zmeczenie po calym dniu rozmaitych wrazen (no moze, nie az tak silnych jak wczesniej bywalo) bierze nad nami gore. Mysz poszla spac na fotelach w poczekalni - mnie tez juz sie oczy kleja, a do odlotu mamy jeszcze godzine. Jak wszedzie w Wietnamie, spotykamy Polakow.

Po drodze na lotnisko znowu widzielismy sypialny autobs zdazajacy do Sapa - kapitalna sprawa. To niestety jedna z rzeczy, ktorych tym razem nie mielismy szansy sprobowac. Zamiast siedzen sa dwa rzedy koji (jak w sleepingu kolejowym) idace przez dlugosc calego autobusu.

Osoba, ktora zabrala sie razem z nami z hotelu na lotnisko okazala sie Niemka lecaca rowniez do Frankfurtu.

Czekam juz niecierpliwie na kolacje i drinka na pokladzie i ide w kime - tym razem mam wrazenie, ze uda mi sie chociaz troche pospac w drodze. Z reszta zgodnie z procedura musza nas szybko polozyc spac, zeby potem wczesnie wybudzi, tak by zmniejszyc stres dla organizmu zwiazany z Jet Lagiem.

Za pol godziny zacznie sie pokladowanie, a poniewaz to znowu wielki samolot to pewnie potrwa tyle co w tamta strona.
Wietnamczyc zabieraja ze soba jakies gigantyczne ilosci bagazu - popakowane w oklejone kartony. Jak widzialem niejeden musia zrezygnowac z czesci swojego ladunku, przekraczajac dopuszczalny limit. Na szczescie kazdego z nich odporwadza rodzina, wiec jest komu przejac nadwyzke z powortem.
Odprawa realizowana przez Wietnam Airlines nie jest ich mocna strona - duzy balagan, a przez to opoznienia.
Poczekalnia zapelnila sie - dwa duze samoloty do Europy startuja o mniej wiecej tej samej porze.
Przed kontrola bezpieczenstwa wyzlopalismy z Asia 1,5 litra wody, zeby nie wyrzucac, bo zabrac na poklad nie pozwalaja - a wiec jeszcze tam gdzie krol chodzi piechota i bording (juz sie ustawila kolejka). Polakow coraz wiecej wokol nas.

Meldujemy sie na pokladzie. Zaraz po starcie drinki i kolacja. Zarcie takie jak w tamtad strone - bardzo dobre. Miejsca slabe, bo po srodku kadluba, ale przynajmniej zaraz obok WC - samolot zapakowany na maksa.
Po podwojnym ginie z tonikiem zapadam w sen tak gleboki, ze przesypiam wieksza czesc podrozy. Potem juz jest sniadanie i ogladamy film.

Bez problemow ladujemy we Frankfurcie, o czasie - mimo gorszych warunkow podrozy, minela mi ona lepiej niz poprzednio. Asia tradycyjnie przed samym ladowaniem zasnela :)

We Frankfurcie wlasnie wstaje swit - wiec zmiana czasu chyba nie bedzie az tak bardzo bolesna :) Zimno tu, a ja w koszuli, sandalach i na szczescie dlugich spodniach.

niedziela, 22 kwietnia 2012

Na lotnisku Noi Bai

Oczywiscie jestesmy grubo za wczesnie, wiec na razie nie mozemy jeszcze odprawic sie. Fakt, w wieczornym ruchu ulicznym jednak zdecydowanie wolniej jechalo sie na lotnisko - ale wykazana przez panie w recepcjii zapobiegliwosc czasowa, byla jednak przesadna. Koczujemy wiec sobie z bagazami w kacie obok urzedu imigracyjnego. Dopiero za godzine, bedziemy wreszcie mogli pozbyc sie bagazy.
Jeszcze przed wyjazdem z hotelu zawarlismy kolejna znajomosc: dosiadl sie do nas sympatyczny starszy pan - jak sie okazalo Amerykanin z Iowa - wesolo sobie z nami pogawedzil, tym bardziej, ze ma przyjaciela Polaka i byl w naszym kraju wiele lat temu, zwiedzajac Warszawe i Krakow!

W koncu udalo nam sie wczesniej odprawic. Nasze wizy po raz kolejny wzbudzily niepokoj personelu lotniska. Nasz niepokoj dla odmiany wzbudzil fakt, ze wydali nam karty pokladowe tylko na lot do Frankfurtu, mimo, ze bagaze poleca juz do Wawy. Pan zapewnia, ze tak ma byc i wszystko jest w porzadku - oby mial racje :)

Wedrujemy sobie po lotnisku zabijajac czas do odlotu -okazuje sie ono dosyc spore, wiec jest gdzie polazic. Ceny w wolnoclowych sklepach takie jak u nas - zadna wiec atrakcja.

Ostatnie nasze wspolne zdjecie w Ha Noi (i w ogole w Wietnamie)! :)

Przed wylotem do Frankfurtu

Zrobilismy najpotrzebniejsze zakupy na droge i wrocilismy do hotelu. Dzieki uprzejmosci recepcjonistek moglismy sie wyszorowac przed podroza w sluzbowej toalecie. Po kapieli przebralismy sie w ciuchy na podroz i czekamy (jak zwykle...). Coraz lepsi sie w tym robimy.
Tym razem podroz do portu lotniczego taryfa bedzie tansza, bo razem z nami jedzie na lotnisko jeszcze jeden gosc z tego hotelu, wiec koszty rozloza sie na 3 osoby.
Wylot mamy o 22:50 - troche czasu bedziemy koczowac na terminalu, ale teraz to juz bez najmniejszego znaczenia, czy bedziemy nudzic sie tam czy w hotelu...

Zwiedzamy starowke Ha Noi

Po zdaniu klucza i zatarganiu bazgazy do komory za recepcja, poszlismy w miasto. Przed nami druga czesc trasy turystycznej po starowce. Poniewaz wedrowka wymaga wysilku, wiec w pierwszej kolejnosci poszlismy sie pokrzepic. Jako, ze w knajpie bylismy w pewnym momencie jedynymi goscmi, wiec personel skoncentrowal na nas swoja uwage. Kelnerki bardzo chcialy rozmawiac z nami po angielsku, bo jak powiedzialy, korzystaja z kazdej okazji by podnosic swoje umiejetnosci jezykowe. Przegadalismy z nimi bardzo milo kwadrans, nim nie zjawili sie kolejni konsumenci.
Po posilku udalismy sie na dalsze zwiedzanie. Po drodze Mysz nabyla ozdoby do wystroju dzialki :)
W Ha Noi, ktora nawet na starowce nie jest nastawiona na turystow, ceny pamiatek znancznie nizsze niz w miejscach polecanych przez przewodnik.

Potem wstapilismy po drodze na piwo do knajpy dla lokalesow, by poczuc koloryt - bylo bardzo milo, choc oczwiscie wzbudzilismy spore zamieszanie. WC na drugim pietrze, za hurtownia odziezowa :)

Konczac wycieczke po starowce wstapilismy do anglikanskiej katedry na placu niedaleko jeziora. Tam zaczepil nas student socjologii, ktory poprosil nas o wypelnienie ankiety na temat naszego pobytu w Ha Noi, a potem pod pozorem prosby o wsparcie finansowe dla Wietnamskiego Czerwonego Krzyza wyludzil od nas pieniadze - dalismy mu 20 Polskich Nowych Zlotych - ciekawe co z nimi zrobi :)

Trasa wycieczkowa po starowce prowadzi po jej najciekawszych miejscach, gdy ja skonczylismy zastanawialem sie przez chwile jak wygladaja te mniej ciekawe w tym ukladzie :) W kazdym razie utwierdzilismy sie w przekonaniu,ze jednak stolica SRW nie jest ladnym miaste - ciekawym, kontrastowym, tak, ale nie ladnym...

Po spacerze po starowce zajrzelismy do kawiarni nad jeziorem. Wyzsza klasa lokalu - ceny adekwatne - a wiec tylko male ciastko i picie. Ale pieczenia ciast powinni sie lepiej nauczyc - jeszcze nie bardzo im to wychodzi :)

Po deserze wyszlismy pospacerowac troche nad jeziorem - poszukalismy lawki, na ktorej siedzielismy odpoczywajac po przyjezdzie do Ha Noi pierwszego dnia - zeby symbolicznie zamknac petle czasu: Wietnamczycy mowia, ze zycie jest kolem, a nie linia - nie widzisz co jest za jego zaobleniem, dopoki tam nie dojdziesz...
Oczywiscie tak jak pierwszego dnia nie dalo sie w spokoju posiedziec, bo przylezli natretni mobilni szewcy i chcieli naprawiac Asi sandaly :)

Zanieslismy do hotelu kolejne nabytki :)

Mauzoleum Ho Szi Min'a

Zaraz po wczesnym sniadaniu Mysz postanowila, ze idziemy zwiedzic mauzoleum wodza wietnamskiej rewolucji. Poniewaz ja zdecydowalem, ze nie mam zamiaru skladac mu holdu, wiec tylko Mysz musiala sie stosownie do sytuacji ubrac: zakryte nogi i ramiona. Przespacerowalismy sie wiec znowu na plac defilad. Tym razem pelno tu bylo wojska, a caly obszar pogrodzony byl barierkami zamykajacymi wstep / wjazd. Kierowani przez uprzejmych policjantow, ktorzy odgonili nas od jedynego znanego nam wejscia do obiektu (ktore okazalo sie wejsciem dla VIP'ow), udalismy sie na poszukiwanie wejscia dla pospolstwa. Dosc szybko zobaczylismy kolejke klebiaca sie do niego - natomiast zdecydowanie wiecej czasu zabralo nam znalezienie jej konca. Ludzi chcacych zobaczyc mauzoleum byly po prostu setki, a wciaz naplywali nowi, podjezdzaly kolejne autokary: mlodziez szkolna, delegacje zakladow pracy, zespoly folklorystyczne, etc. Wreszcie po okrazeniu calego obiektu znalezlismy koniec tego wielkiego, ludzkiego weza. Konstatacja nie byla dla nas pomyslna: czas jaki pozostal nam do dyspozycji (na 12:00 musimy byc hotelu zeby zwolnic pokoj) nie pozwoli Myszy na zwiedzenie mauzoleum :( Kolejka co prawda w miare regularnie przesuwala sie, ale byla tak ogromna, ze ciezko bylo nawet prognozowac jak szybko sie porusza - po za tym po drodze byla jeszcze dokladna kontrola bezpieczenstwa.
Nasze niepowodzenie wynika z faktu, ze dzis jest niedziela - ci co mogli skorzystali z wolnego dnia i przyjechali na wycieczke do Ha Noi.
Dobre w tym wszystkim jednak jest to, ze wczoraj gdy mauzoleum bylo pozamykane dla zwiedzajacych, moglismy sobie na spokojnie porobic zdjecia na zewnatrz, bo w ogole nie bylo ludzi :) Trafilo sie wiec nam jak slepej kurze ziarno...

Mimo, ze jest niedziela zycie w Ha Noi plynie tak jak codzien - wszystkie sklepy, knajpy, biura sa pootwierane juz od 7:00.

Wrocilismy do hotelu jeszcze chwile odzipnac na lezaco, zanim oddamy klucz...

Ostatni dzien w Wietnamie - rocznica naszego slubu!

Dzisiaj akurat wypada kolejna rocznica naszego slubu. No ale wieczorem obchodzic ja bedziemy co najwyzej na pokladzie samolotu, bo w nocy wylatujemy do Warszawy.

Wczorajszy intensywny rozrywkowo wieczor nie wymagal na szczescie odsypiania - widac organizm pogodzil sie juz z ograniczonym czasem na odpoczynek. I dobrze, bo dzis musimy jeszcze kilka rzeczy zobaczyc!

Obserwujac wczoraj wielokolorowy tlum na swiatecznym jarmarku, smialismy sie, ze caly ten kraj to jedna wielka podroba: uliczne handlarki owocow w koszulkach od Versaczego, rikszarze z zegarkami Cartiera, Rolexa czy Montblanc, kazdy tutaj z markowym telefonem przy uchu lub oku, co krok stoisko z wymyslnymi gadzetami do iPhon'a, o zabawkach typu klocki Lego nie mowiac :) Co ciekawe jakosc tych produktow jest, w niektorych wypadkach zaskakujaco dobra, w odroznieniu od adekwatnych produktow z Chin. Wietnamczycy, sa wyraznie dumni z produkcji podrobek tak wysokiej klasy.
Po za ordynarnymi kopiami markowych przedmiotow, produkuja rowniez rzeczy na ich wzor sygnujac nazwami zblizonymi - typu: "Galvin & Klein" :)

Idziem na sniadanie, a potem w teren!

sobota, 21 kwietnia 2012

Swiateczny kiermasz

Po kolacji poszlismy na swiateczny kiermasz. Impreza miazdzy ogromem. Ilosc uczestniczacych w nim sprzedawcow, a zwlaszcza kupujacych przeraza. Kto pamieta Stadion XX-lecia w jego szczytowej fazie, ten niech przez 10 pomnozy to sobie :) Dla nas nieco frustrujacy byl fakt, ze ceny na wiele rzeczy zdecydowanie nizsze niz te ktore udalo nam sie wytargowac w innych miejscach - ale to impreza dla autochtonow: wiec ceny o co najmniej polowe nizsze i wypisane na kartce - nie podlegaja negocjacjom :) Nie od tego bylibysmy, zeby rowniez czegos jeszcze nie nabyc ;)

Przyjezdzajac do Wietnamu przygotowany bylem tylko na najgorsze, np. problem z toaletami. Na szczescie wiekszosc z moich obiekcji okazala sie bezpodstawna. Publiczne toalety sa czyste i nowoczesne (a tylko nieliczne sa platne), kazdy lokal gastronomiczny ma wlasna, chocby najskromniejsza, ale do uzytku gosci (czesto jako WC pierwotnie dla personelu udostepnione gosciom). Niektore z nich ozdobione sa dosc zaskakujaco (zdjecie). Wazne, ze jednak jakkolwiek by wygladaly i byly zuzyte, to sa czyste.

Dzisiaj "zielona noc", wiec korzystamy z ostatnich godzin wyjazdu aktywnie - odnowily mi sie nawet moje "rany z Wietnamu": odciski na stopach, ktorych dorobilem sie pierwszego dnia po przyjezdzie.

Wietnamska rodzina jest zdywersyfikowana jezeli chodzi oy otaczanie opieka dzieci - widok ojca (a czesto i dziadka) bawiacego sie / opiekujacego sie dziecmi jest tutaj powszechy. Dzieci jak to dzieci sa ciekawskie, ale nie uciazliwe - starsze staraja sie wyprobowywac swoj szkolny angielski, mlodsze tylko ciesza sie na Twoj widok, zwlaszcza jak do nich zagadasz. Niestety wiele z nich jest wykorzystywana do sprzedazy pamiatek...

Okazywanie uczuc w Wietnamie nie jest co prawda tak wylewne jak w Polsce, ale z drugiej strony Wietnamczycy nie sa za bardzo powsciagliwi. Widok par mlodych ludzi obsciskujacych sie na lawkach na deptaku nad rzeka w Hue, czy Hoi An nie byl odosobniony.
Z drugiej jednak strony Wietnamczycy bardzo dbaja o unikanie kontaktu fizycznego z rozmowca - co czasem bywa zabawne, gdy uchylaja sie przed toba.

Po przyjsciu do hotelu zrobilisimy gruntowny remanent zawarosci naszych bagazy - dzieki temu upolowalem jeszcze jednego nieproszonego goscia z wieloma parami odnozy - emigranta z Hue!

Kulturalne popoludnie

Po lezakowaniu w hotelu udalismy sie na dalsze zwiedzanie starowki.
Zaczelismy od swiatyni na jeziorze. Tlumy zwiedzajacych - w tym takich jak my turystow garstka - w koncu swieta, wiec przyszli je to obchodzic.
Swiatynia urokliwa sama w sobie.
Po jej zwiedzniu zaczelismy szukac kolejnej atrakcji.
Otoz poszlismy na przedstawienie. Osobiscie myslalem, ze wietnamski wodny teatr lalek, to jakas wieczorna rozrywka nad jeziorem, a tu okazalo sie, ze idziemy do normalnego teatru.
Poczatkowo siadajac na sali czulem sie mocno nie na miejscu w wojskowej (wiadomo jakiej ;) kurtce maskujacej i szortach, ale gdy sala zapelnila sie widzami skrepowanie minelo, bo wiekszosc ubrana byla w stroje sportowo-turystyczne.
Przedstawienie ciekawe - wspolczucie dla wykonawcow brodzacych po pas w wodzie z lalkami. Bardzo ciekawy zespol muzyczny przygrywajacy na tradycyjnych, wietnamskich instrumentach. Wystepy zabawne, kolorowe i glosne - poczatkowo myslalem, ze dla dzieci, ale program dla widzow od 0 - 80 lat :)

Po kontakcie z kulura udalismy sie na dalsze zwiedzanie starowki. Jestem pod wrazeniem miejsc, ktorych wczesniej nie mielismy okazji zobczyc na starowce Ha Noi - niczym nie roznia sie od tych, ktore juz widzielismy ;)

Zaplecze rozrywkowo-kulinarne starowki Ha Noi relatywnie slabe - kilka fajnych, ulicznych jadlodajni, ale bez napojow wyskokowych, za to knajpy dla bialasow zalosnie nudne - wszystkie w stylu zachodnim, z zarciem pod turystow - do tego z cenami
Korzystamy w nich tylko ze "szczesliwych godzin" - piwo i drinki sa wtedy w akceptowalnych cenach.

Dzisiaj, w zwiazku z pierwszym dniem lunarnego miesiaca (jak nam powiedziano w hotelu) odbywa sie na glownej arterii starowki wielki kiermasz. Cala ulica jest zamknieta dla ruchu kolowego (!), przez srodek ciagnie sie rzad straganow - pelny odpust! :) Musi byc to wazna impreza w zyciu miasta, bo najechalo sie mnostow ludzi - wszystkie dziewczeta modnie ubrane: obowiazkowo szpilki i pelny makijaz!
Poniewaz ulica z kramami jest zamknieta, wiec wszystkie rownolegle sa zatkane ruchem, ktory musialy przejac :)

Zwiedzanie Ha Noi

Pierwsza czesc dnia poswiecilismy na dotarcie do Swiatyni Literatury oraz Mauzoleum Ho Szi Min'a.

Dzisiaj mieszkancy obchodza buddyjskie swieto lunarnego miesiaca, ktore zawlaszczyli sobie rowniez socjalisci - w zwiazku z tym wszystkie przydomowe oltarzyki zawalone sa darami, miasto zas dekoruja flagi narodowe i transaprenty.

W swiatyni literatury trafilismy akurat na kiermasz prasy i ksiazki, wiec tlumy zwiedzajacych (zwlaszcza mlodziezy szkolnej), gwarno, kolorowo i wesolo. Obiekt nieduzy, ladnie polozony w zacisznym ogrodzie, wielobudynkowy.

Powoli zmieniam zdanie o Ha Noi, gdy mamy szanse wreszcie blizej jej sie przyjrzec. Bardzo zroznicowana pod wzglem zabudowy. Wiecej tez ludzi probujacych cos nam wcisnac i nieco bardziej upartych w tym zamiarze.

Mauzoleum Ho Szi Min'a akurat bylo nieczynne, bo zamkniete ze wzgledu na przerwe obiadowa :) Ale przynajmniej na spokojnie obfotografowalismy je z zewnetrza, bo nie bylo ludzi. Obejrzelismy "Pagode na jednym filarze" i miejscowy plac defilad :)

Wycieczka mimo wszystko dosc meczaca, bo odleglosci do pokonania duze. Ruch uliczny nie robi juz na nas zadnego wrazenia, wiec poruszamy sie miedzy skuterkami i samochodami jak rybki w wodzie ;)
Dlatego wedrowanie po miescie - tym bardziej bez jakichkolwiek bagazy (nosimy tylko aparat fotograficzny, bo picie mozna kupic wszedzie) jest teraz bardzo fajne :) Mimo to ok. 14.00 zmeczenie dalo o sobie znac i postanowilismy przysiasc gdzies na piwo. Wybor padl na knajpy w naszej turystycznej okolicy. Cenowo oczwiscie drozej niz na prowincji (stolyca - sie wie!), bardziej pod turystow, wiec tak bez charakteru.
Odzipniemy nieco w hotelu, obmyslimy plan na druga polowe dnia i znowu w droge!

Wreszcie zwiedzimy stolice Socjalistycznej Republiki Wietnamu

W nocy zamknelismy petle - wrocilismy do punktu startu naszej przygody: Ha Noi. A to oznacza jej nieuchronnie nadchodzacy koniec. Ale zanim on nastapi mamy jeszcze przed soba dwa dni zwiedzania.

Nocna podroz wymagala odespania - pociagnelismy jak nigdy tutaj prawie do 9:00. Spalo sie bardzo dobrze - klimatyzacja nie byla konieczna, chlod nocy byl wystarczajacy.

Asia zadowolona, bo na sniadanie wreszcie dostala swoja ulubiona wietnamska kawe, przygotowana na sposob w jaki jej najbardziej smakuje.
Ja zdecydowalem sie tradycyjnie na poranna zupe Pho - wiec caly tors koszuli mam w kropki - mimo pewnych doswiadczen z tym posilkiem, nadal poziom zrecznosci wymagany podczas jego spozywania, przekracza widac moje umiejetnosci. Zupa jedzona paleczkami - ale teraz doskonale wiem jak sie ja robi :)

Pierwszy raz jak normalni turysci mozemy wrocic po sniadaniu do pokoju, chwile odpoczac, spokojnie przygotowac sprzet, a nie jak dotychczas gonic niedopijajac kawy na zwiedzanie :)

Dzisiaj trasa spacerowa po Ha Noi - wszystko osiaganlne w zakresie pieszej wedrowki - wg mapy w sumie 3,5 km. Pogoda do turystyki miejskiej optymalna - max. 25 st. C i pochmurno.

piątek, 20 kwietnia 2012

Znowu w Hanoi

W Ha Noi chlodno (wreszcie!), burza i leje. Szybko odebralismy bagaze i nawet nie zastanawiajac sie nad tym za bardzo juz siedzielismy w taksowce wiozacej nas do znanego juz z poczatku naszej przygody hotelu. Przejechalismy przez wymarle o tej porze juz miasto, ze znikoma kumunikacja na drogach - wrecz szokujace w kontrascie do wczesniejszych doswiadczen!
W hotelu obsluga od razu nas poznala. Tym razem dostalismy brzydki, waski pokoj bez okien (z paskiem luksfer) - no coz, nie zawsze mozna liczyc na szczescie w tej materii...
Do mykwy, a potem spac - sniadanie jest do 11:00 wiec mam nadzieje, ze sie wyrobimy :)

Przelot do Ha Noi

Myslalem, ze na domestikach (w prasie pokladowej LOT'u przeczytalem, ze tak sie mowi na linie krajowe ;) Wietnam Airlines podstawia male samoloty, a tu okazuje sie, ze na rejs do stolicy jest tak wielu chetnych, ze przeloty obsluguja Airbusy A320.
Samolot pelny. Znowu pod gejtem zapakowali nas do autobusu, tylko po to zebysmy sie nie petali po plycie lotniska, bo maszyna stala zaraz obok. Ludzie tlumnie rzucili sie do samolotu - zasadniczo nie baczac na innych. Wsrod podroznych kilku mnichow buddyjskich - sympatycznie usmiechaja sie do nas, ale w koncu nie wiem czy tak jak w Tajlandii tez sa niedotykalscy.
Caly poczestunek to butelka wody mineralnej - liczylem chociaz na dzin z tonikiem :)
Trase (Hanoi - Hue / Danang) ktora kilka dni temu pokonywalismy nocny pociagiem przez 19 godzin, tym razem zrobimy w odwrotna strone w 1 godzine i 10 minut. Co ciekawe cena obu polaczen jest zblizona. Dlaczego wiec tluklismy sie przez prawie dobe koleja, mogac za te same pieniadze przeskoczyc ten odcinek w 1,5 godziny (powiedzmy troche wiecej liczac formalnosci lotniskowe)? Dla przygody i widokow - w koncu nie czesto jezdzimy nocnymi pociagami po Wietnamie! :)
Zasypiam. Mysz zrobila to juz wczesniej. Lot dzieki temu minal w mgnieniu oka. Budzimy sie zeby zobaczy wlasnie burze wysoko w chmurach - widowisko niesamowite: wyladowania miedzy chmurami przeskakuja jak w kalejdoskopie!

Zarty sie skonczyly gdy wlecielismy w sam srodek tej burzy - trzeslo niemilosiernie - pierwszy raz cos takiego spotkalo mnie w powietrzu i powiem szczerze, wcale nie bylo mi do smiechu. Samolotem rzucalo jak zabawka Wicia, a w koncu to duza, ciezka maszyna. Kilkoro pasazerow dosc emocjonalnie podeszlo do sytuacji, glosno wyrazajac swoje odczucia.

Wyladowalismy - to byl najkrotszy, a zarazem najciezszy lot w moim zyciu! Na koniec jeszcze przyziemilismy tak gwaltownie, ze malo goleni nie polamalo. Zdecydowanie wole pociag...

Zawsze powtarzam, ze nie jest to normalne - cos co zrobione jest ze stali i wazy kilkaset ton, a nie macha skrzydlami nie powinno latac!

Wylot do Ha Noi

Taryfa zgodnie z tym co zem drzewniej napisal, okazala sie duzym, prywatnym samochodem, ktorego wlasciciel dorabia w ten sposob na jego utrzymanie. Mlody czlowiek dosc agrwsywnie prowadzil, niekiedy nawet przekraczajac 60 km/h - wyraznie popisywal sie przed obcokrajowcami :)
Mimo to na lotnisko dotarlismy w ciagu niecalych 20 min.
Nie pisalem o tym zdaje sie wczesniej - do stolicy Wietnamu wracamy z Hue lotem krajowym.
Port lotniczy okazal sie zaskakujaco (wiem, ze slowo zaskakujacy odmieniane jest w moich relacjach bardzo czesto, ale najlepiej oddaj moje odczucia) duzy i nowoczesny. Szybko przeszlismy odprawe i kontrole bezpieczenstwa (bardzo skrupulatna - znowu musialem trzymac spodnie w garsci :) A za nami juz ustawila sie duza grupa wycieczkowiczow.
Wylot za godzine - znowu nudne czekanie, bo terminal juz caly udalo nam sie zwiedzic...

Przed opuszczeniem Hue

Czekanie jest nudne - zwlaszcza, gdy do tej pory spedzalo sie czas intensywnie.
Przepakowalismy nasze bagaze, bo znowu przybylo nam rzeczy.
Po 18.00 ponownie wyszlismy na miasto, gdy upal zastapilo przyjemne cieplo wieczoru. Pospacerowalismy po nabrzerzu - odbywa sie tu lokalny festyn - a potem usiedlismy jeszcze na chwile przed wyjazdem w pierwszej napotkanej knajpie.
Jak wczesniej bywalo - zal wyjezdzac z Hue, bo mimo, ze bylismy tu raptem dwa dni, to czlowiek zaczal dopiero chlonac atmosfere tego miejsca.
Czekamy na taryfe...

Zakupy

Jak nie ma nic do roboty, to najczesciej dla zabicia czasu niestety wydaje sie pieniadze...
Powrocilismy wiec samodzielnie na miejscowy bazar, tym razem glebiej zapuszczajac sie w jego zakamarki. Pozytek z tego taki, ze kupilismy w koncu wszystkie zaplanowane suveniry :) Mam wrazenie, ze tam gdzie robilismy zakupy nikt z turystow sie nie zapuszcza, bo sprzedawcy przygladali sie nam jak kosmitom - ale bylo bardzo milo i cenowo obustronnie satysfakcjonujaco. Wrocilismy spacerem przygladajac sie widokowi jaki roztacza sie z mostu na "Perfumowa rzeke", ktora wczoraj plywalismy. Po spacerze poszlismy na piwo, szukajac jakiegos ciekawego miejsca - niestety tylko po to, zeby utwierdzic sie w przekonaniu, ze mielismy ogromne szczescie juz na poczatku pobytu w Hue znajdujac "nasza" restauracje.
Wszedzie na okolo jest znacznie drozej - fakt, "Miss Roo " nie rzuca na kolana wystrojem i lokalizacja, ale w koncu nie to ma dla nas znaczenie w publicznym zakladzie zywienia :) - zarcie dobre, ceny niskie, obsluga wesola i sympatyczna.

W restauracji, w ktorej teraz dla odmiany zakotwiczylismy odbywa sie zjazd amerykanskich weteranow wiadomej wojny. Kilku starszych panow postanowilo zrobic sobie sentymentalna podroz, a teraz siedzi nad piwem i snuje glosno swoje wojenne wspomnienia.

Nalezy zwrocic uwage, ze budownictwo mieszkaniowe tutaj zaklada pewien istotny aspekt funkcjonalny - skuter musi sie dac wprowadzic do salonu. Kazdy dom ma maly podjaz pozwalajacy na zaparkowanie w pokoju jednoslada - niecodziennie dla nas wygladaja domy szykujacych sie do snu Wietnamczykow, ktorzy obok sofy i telewizora maja postawiony skuter. Wynika to oczywiscie z faktu, ze to urzadzenie stanowi istotny skladnik majatku, a po za tym nie ma tu kultury budowania garazy obok domow.
Na kazdej ulicy funkcjonuja polowe warsztaty naprawy skuerow / elektrycznych rowerow (rowniez tutaj popularnych) / rowerow - panowie z wozkami pelnymi narzedzi, bedacy w stanie naprawic wszystko, albo chociaz zrobic tak zebys o wlasnych silach dowlokl sie sam do normalnego warsztatu.
W czasie rowerowej wycieczki nad morze troche martwilem sie, co zrobic, gdyby ktorys z rowerow nam sie zepsul - odpowiedz dostalem jak wracalismy: Brytyjka zlapala gume - w ciagu minuty znalazl sie zespol mechanikow rowerowych, ktorzy za drobna oplata naprawili problem :)

Koczujemy w hotelu

Do opuszczeniu Hue zostalo nam 7 godzin. Juz rano, zaraz przed sniadaniem, wymeldowalismy sie oficjalnie z hotelu - kurs gotowania konczyl sie po 12.00, wiec nie wyrobilibysmy sie w dobie hotelowej. Graty zlozylismy na recepcji, uprzedzajac, ze beda mieli nas na karku do wieczora - niestety, ze wzgledu na pelne oblozenie, nie bylo szans na przedluzenie doby hotelowej.

A teraz, po powrocie ze szkolenia kulinarnego, z nudow kwitniemy w lobby planujac dalsze posuniecia w celu urozmaicenia sobie dnia. Wazne, ze poja nas tu woda, jest klima i lazienka oraz wygodne sofy. Zwiedzac juz nie ma czego, snuc sie bez celu po miescie w tym zarze bylo by nieodpowiedzialne - szkoda, ze nie mamy innego polaczenia, bo w ten sposob tracimy pol dnia na bezmyslne zabijanie czasu, ale co zrobic...

Szkolenie

Caly ranek stalismy w tym upale przy garach, gotujac wlasny obiad!

Jak juz pare dni temu pisalem, zdecydowalismy sie na nauke gotowania po wietnamsku w "naszej" knajpie.

Zaraz po sniadaniu udalismy sie do owej zaprzyjaznionej restauracji. Wypilismy kawe i razem z szefowa kuchni pojechalismy na bazara - ale nie taki bedacy turystyczna atrakcja, ale normalne, wietnamskie targowisko. Gwarne, tloczne, kolorowe. Mozna kupic wszystko, poczawszy od wielkiej ryby, po suszarke do wlosow. Bylismy tam jedynymi bialasami. Wzbudzalismy przez to zainteresowanie, ale w zyliczym tego slowa znaczeniu. Szefowa pokazala nam i nazwala rozmaite gatunki warzyw, ryb, krewetek, owocow. Na naszych oczach rozbierano mieso, ktore potem gotowalismy (oszczedze Wam szczegolow - powiem tylko, ze oczywiscie nie ma tu zadnych chlodziarek :). Szafowa zaproponowala tez zakupy slodyczy w zaprzyjaznionym punkcie. Bazar bardzo mi sie podbal - czulem sie malo skrepowany, bo nikt mi na sile nie probowal niczego wcisnac (nie tak jak w krajach arabskich). Po powrocie obmylismy sie i zaczelismy balaganic w kuchni. Dziewczyny cierpliwie pokazywaly nam jak przygotowywac farsz i zawijac sajgonki, smazyc nalesniki z wazywnym nadzieniem, gotowac "biale roze" z krewetkami, mieszac sosy, a w finale ugotowalismy zupe Pho!
Poniewaz bylismy jedynymi osobami w knajpie, wiec uwaga calego personelu skierowana byla na nasze poczynania. Mysle jednak, ze nie wypadlismy najslabiej - dziewczyny byly widocznie zdziwione, ze nie jest mi obce poslugiwanie sie nozemy przy siekaniu, rozdrabnianiu i krojeniu. Przez caly czas podjadalismy nasze wytwory, wiec jeszcze przed glownym daniem bylismy napelnieni po pachy.
Bylo to bardzo cenne i ciekawe doswiadczenie - Mysz stwierdzila, ze do konca wyjazdu nie zamowi juz tutaj niczego i wyje do konca suchary beskidzkie, ktore ze soba przywiezlismy :) A na powaznie: juz wiemy jak uzyc kilku z nowonabytych umiejetnosci, dostalismy instrukcje z dokaldnymi informacjami jak poszczegolne z potraw dzisiaj gotowanych zrobic i z czego, a poniewaz przewazajaca wiekszosc z tych rzeczy mozna kupic u nas, wiec bedziemy eksperymentowac w domu :)

Ostatni dzien w Hue

Wreszcie udalo mi sie tu wyspac - przespalem cala noc do 6:15 ciezkim, kamiennym snem. Widac wczorajszy dzien rzeczywiscie dal nam zdrowo w kosc :)

Dzisiaj po sniadaniu na szczescie nigdzie nie bedziemy musieli pedzic - dzisiaj zrobimy cos zupelnie inne :)

czwartek, 19 kwietnia 2012

Kolejny wieczor w Hue

Asia spala do 19:30 - ja w tym czasie nie zdecydowalem sie na drzemke. Czytalem, pisalem lub po prostu bezmyslnie lezalem.

Okazuje sie, ze to wcale nie chec zapewnienia komfortu turystom, ale narodowa cecha - Wietnamczycy nawykowo chodza spac o 22:00. Co wcale mnie nie dziwi - wiekszosc z nich pracuje ciezko od 6:00 rano - tutaj mimo klimatu nie ma sjesty...

Zauwazylismy, ze wlasciciele samochodow, ktorzy sa tutaj wyzsza kasta uzytkownikow drog, ze wzgledu na wysokie koszty eksploatacji auta, chetnie korzystaja z okazji dorobienia na jego utrzymanie i pracuja dorywczo jako kierowcy (np. zabierajac nas z lotniska).

Pani na recepcji okazala dalekoidaca pomoc w kwesti dostarczenia nas jutro na lotnisko, natomiast szans na to, ze bedziemy mogli przedluzyc dobe hotelowa raczej nie ma. Coz najwyzej brudni i przepoceni wsiadziemy do samolotu - jak juz to kiedys mowilem: to najwyzej problem wspolpasazerow :)

Gdy Asia wstala udalismy sie na spacer po znanym nam fragmencie miasta. Wieczor okazal sie relatywnie chlodny i wietrzny, wiec bardzo przyjemny! Zatrzymalismy sie na piwo i kolacje w innej niz nasza knajpie i byl to blad, bo jedzenie nas nie zachwycilo, a obsluga tym bardziej - mimo, ze restauracja aspiruje do tych z wysokiej polki.
Trzeba powiedziec, ze Wietnamczycy uczciwie pracuja na swoje pieniadze - nie spotkalem sie do tej pory z ani jedna sytuacja wyludzania napiwku typu: nie mam jak wydac, albo juz nie wroce z reszta do ciebie - co bylo bardzo popularne w Tajlandii.
Potem poszlismy na piwo do "naszej" knajpy, jako ze tu maja tylko duze "Tygrysy".
Po drodze do domu zrobilismy najpotrzebniejsze zakupy i jeszcze troche pospacerowalismy.

A na koniec dnia wazny dla nas news na ktory niecierpliwie czekalismy: Mis dostal sie do wybranego przez nas (mozna powiedziec, ze w tej sytuacji wielopokoleniewego juz) przedszkola - jak wlasnie dowiedzielismy sie od Babci!

Uliczka w Hue gdzie stoi nasz hotel

Pogladowo - juz wczoraj o niej pisalem - widok uliczki, na ktorej stoi nasz hotelik. W nocy jeszcze mniej zachecajaco to wyglada na pierwszy rzut oka :)

Znowu w Hue

Lodz zostawila nas na nabrzezu zaraz obok zaglebia kulinarnego.
Oczywiscie w momencie gdy dobijalismy pogoda sie zepsula i zrobilo sie bardzo pochmurno i wietrznie.
Kierownik wycieczki nie skasowal nas za nia - troche zaskakujace, ale biorac pod uwage fakt,
ze hotel jest jej organizatorem i ma
przy okazji nasze paszporty, to sadze, ze nic nam nie bedzie darowane :)

Na wszelki wypadek zahaczylismy o bankomat - szybkosc z jaka mozna tu wyplacic srodki polska karta przewyzsza nawet niektore bankomaty w kraju. To nie to co w Meksyku, gdzie po kilku minutach czekania na realizacje transakcji zastanawialismy sie, czy juz nam na dobre polknal karte.

Perspektywa powrotu do przegrzanego hotelowego pokoju, z chrzaszczami biegajacymi po podlodze byla dla nas malo pociagajaca, wiec doszlismy do wniosku, ze najpierw pojdziemy na piwo.
Gdy udalo nam sie wreszcie troche ochlonac i ustapily wstepne objawy udaru slonecznego - okazalo sie jak bardzo jestesmy zmeczeni. Powleklismy sie wiec do hotelu, po drodze jeszcze ostatkiem sil robiac najpotrzebniejsze zakupy.
Asia wyjasnila pani na recepcji kwestie karaluchow - w pierwszej chwili zostala blednie zrozumiana i zapropnowano nam Coca-cole. Dopiero gdy wyjasnila, ze chodzi nam o sporego insekta z duza liczba nog, pani pojela w czym rzecz i powiedziala, ze juz sie tym zajeli przy sprzataniu. Na wszelki wypadek ubezpieczalem sie trzymanym w pogotowiu sandalem, wchodzac do pokoju. Mimo to brak sladow aktywnosci przeciwnika. Pokoj nagrzany jak piec - natychmiast rozkrecilismy na ful klime. Sprawdzilismy w przewodniku czego z planowanych rzeczy nie obejrzelismy - okazalo sie, ze straty sa minimalne, wiec utwierdzilo nas to tylko w przekonaniu, ze wybor porannej wycieczki byl slusznym posunieciem. Potem Asia poszla spac, a ja postanowilem napisac do Lonely Planet, zeby poprawili w nastepnych wydaniach swojego przewodnika ceny wstepow w Hue :)

Okolice Hue

Troche zabraklo nam szczescia, a dokladniej trzech dni - 16 kwietnia wszedl w Hue nowy taryfikator wstepow do poszczegolnych obiektow muzealnych i tak np. za Cytadele placilo sie 55 ty. Dongow, a obecnie 80, inny z obiektow na trasie byl w ogole za darmo, a teraz jest za 80 tys. Poniewaz dopiero przewodnik nas o tym poinformowal, wiec wycieczkowiczow skonsternowalo to. Poprosilismy go o wskazanie w tej sytuacji obiektu, ktory moglibysmy sobie darowac, tak by planowany koszt imprezy pokryl sie z rzeczywistym. Wypadl trzeci, ponoc najmniej ciekawy grobowiec krolewski. Coz - w naszym wypadku wyjazd powoli zbliza sie do konca, to i budzet nalezy coraz rozsadniej planowac :)

Po obiedzie rejs po "Perfumowej rzece" przeplywajcej przez Hue. Czyli znowu na wodzie. Widoki nie rzucaja na kolana. Plus jedynie taki, ze jest nieco chlodniej, gdy plyniemy i wieje od wody. Ale trzeba na to spojrzec w ten sposob: kiedy (i czy w ogole?) bede mial jeszcze szanse w zyciu plywac po "Perfumowej rzece"?

Nasz przewodnik jest w porzadku. Gna nas po zabytkach ostrym tempem, tak, zebysmy jak najmniej czasu spedzali na tym palacym sloncu. Co prawda jego wietnamski akcent w angielskim powoduje, ze ciezko go zrozumiec, ale to akurat nie jest problemem.

Okazuje sie, ze wietnamczycy sa bardzo religijni - w kazdym domu, hotelu, sklepie stoja male oltarzyki Buddy, ktoremu skladane sa dary w postaci slodyczy, napojow i alkoholu. Socjalizm chyba nie probowal walczyc tutaj z wierzeniami, bo obecnie bezkonfliktowo z nimi wspoldziala.
Przewodnik jest bardzo dumny ze zdobyczy wietnamskiego socjalizmu (ciekawe czy szczerze, czy tez taka mala propaganda sukcesu na potrzeby delegacji zagranicznej ;) - z przekonaniem opowiadal o przywiazaniu do barw narodowych (czerwone - socjalizm, zolte - odcien skory mieszkancow), sojuszu robotniczo-chlopskim i innych tego typu sprawach. Dobrze, ze nie potrafil prawidlowo zinterpretowac mojego ironicznego usmiechu, bo jeszcze by sie obrazil. Ta jego opowiesc brzmi za bardzo znajomo.
Dla mnie w kazdym razie caly ten polityczny eksperyment jest troche oderwany od rzeczywistosci, co najlepiej obrazuje stoisko z Coca-cola, przy bramie lokalu miejscowej komorki partyjnej :)

Coca-coli pijemy tu bardzo duzo. Wyroslem juz z przekonania, ze nie da sie nia skutecznie ugasic pragnienia. Ma ona ta przewge nad woda, ze daje po za tym kopa kofeinowego oraz dodatkowe kalorie. Wbrew pozorom tylko dzieki niej jakos trzymamy sie jeszcze na nogach po truchcie po grobowcach krolow w tym morderczym upale.

Miejscowi sprzedawcy napojow i zywnosci chyba z mojej twarzy (albo wystajacego brzucha) odczytuja moje potrzeby, bo przedstawianie oferty nieodmiennie zaczynaja od piwa :)

Rejs trwa, upal nie slabnie, a mnie juz to troche nudzi. Chyba powoli nawarstwiajace sie zmeczenie ostatnich dni powoli zaczyna brac gore, nad entuzjastycznym zachwytem wszystkim co nas otacza. Mysz tez spiaca siedzi.

Okazywanie zniecierpliwienia jest tutaj postrzegane jako objaw braku dobrego wychowania.

Przerwa w podrozy - zwiedzamy piekna pagode na wznisieniu, na brzegu - kierownik wycieczki podkresla aspekt ekonomiczny: zwiedzanie obiektu za darmo.
W pagodzie, ku naszemu zdziwieniu przechowywany jest samochod, ktorym - buddyjski mnich dotarl w 1963 roku do Sajgonu i dokonal najslynniejszego samospalenia w protescie przeciwko sankcjom nalozonym przez owczesne wladze na wyznawcow buddyzmu w Wietnamie. Auto widac na zdjeciach z tego wydarzenia. Poziom koncentracji tego mnicha byl tak wysoki, ze przez 3 godziny caly czas siedzac bez ruchu w pozycji lotosu pozwolil swojemu cialu calkowicie splonac.

Zmieniamy lodz na mniejsza, ale na szczescie znacznie szybsza - oboje jestesmy juz katastrofalnie zmeczeni dzisiejsza wycieczka.

W koncu doplynelismy do Hue.

Zwiedzanie Hue

Od rana upal - to co bylo w My Son pare dni temu, to przyjemny chlod, w porownaniu z zamknietym piecem miasta Hue. Na szczescie mnie nie jest latwo zgrillowac na sloncu, bo obficie polewam sie sosem :)
Mysz sama przynala, ze wykupienie tej wycieczki bylo dobrym pomyslem. Pierwotnie mielismy ta trase zrobic na rowerach, ale teraz juz wiem, ze nie przezylibysmy tego, a w najlepszym wypadku skonczylo by sie to poteznym udarem :)
Grupa nieliczna - zaledwie 8 osoba - wszyscy w naszym wieku: dwoje Brazylijczykow, Francuz (o dosyc irytujacym poczuciu humoru), my oraz Brytyjczyk w towarszystwie Filipinki, ktorych relacja ma wyraznie biznesowy charakter ;) Co ciekawe takie pary spotykalismy w Tajlandii na kazdym kroku - natomiast w Wietnamie po raz pierwszy widze.

Zwiedzanie cesarskiego miasta rozpoczelismy od Cytadeli w centrum Hue, a w jej wnetrzu palacu cesarskiego - czyli zamknietego miasta rozciagajacego sie na obszarze wielu hektarow otoczonych murem. Mnostwo cieszacych oko, bogato zdobionych, kolowych budynkow, ocienionych przejsc, tarasow, fantazyjnych ogrodow pelnych oryginalnych rzezb i formacji roslinnych. W 1968 roku, w trakcie styczniowej ofensywy Tet, Amerykanie skutecznie przyczynili sie do dekompozycji estetycznej tego miejsca, bombardujac je napalmem i bombami burzacymi.

Przez zupelny przypadek, jak sie okazuje, odwiedzilismy trzy miasta (Hue, Danang, Hoi An), o ktore w czasie ostatniej ofensywy w wojnie amerykanskiej (jak tutaj nazywa sie wojne w Wietnamie) toczyly sie bardzo ciezkie walki. Ich slady widac do dzisiaj tylko w miejscach, w ktorych Wietnamczycy chca zeby byly widoczne. Pozostale zniszczenia juz dawno zarosla miejska tkanka.
Wojna amerykanska jest nadal bardzo silnym wspomnieniem i Amerykanie nie sa szczegolnie mile widziani tutaj - co innego ich dolary.

Po Cytadeli udalismy sie na zwiedzanie dwoch grobowcow krolewskich. Pierwszy z nich to imponujaca, wielopoziomowa budowla, z wielka sala zdobiona ceramiczna mozaika.
Drugi w zupelnie innym stylu - polozony w duzym parku ze sztucznym jeziorem, bez zadaszenia, mniej strojny w zdobienia niz poprzedni.
W miedzyczasie odwiedzilismy oczywiscie miejscowy instytut kadzidelek i szpiczstych kapeluszy, ale na szczescie bylismy tam w zasadzie tylko po to, zeby skorzystac z WC...

Po zwiedzaniu obiad - zaskakujaco wystawny jak na kosztorys calej imprezy. Przy stole nieodlaczne, kurtuazyjne rozmowy, o tym gdzie, kto byl i gdzie jedzie.

Upal taki, ze ledwo da sie myslec, a co dopiero pisac...

Poranek w Hue

Spalem najslabiej jak do tej pory. Asia mowi, ze widac po mnie, ze kiepsko sypiam, bo zarost (ktorego nie gole od przyjazdu) mam mniej wiecej taki jak po 3 dniach w Warszawie. Najpierw przeszkadzala mi klima, wiec ja w srodku nocy wylaczylem, potem przeszkadzal mi brak klimy, wiec nad ranem otworzylem okno. Wtedy dopiero udalo mi sie zdrzemnac. Mimo, ze jak wczesniej pisalem mieszkamy w centrum, to odglosy miasta inne niz by sie czlowiek spodziewal :) Spiewaja ptaki, szczekaja psy, gdacza kury, pieja koguty, dopiero gdzies w oddali slychach pociag. Ciaglego halasu komunikacji nie ma wcale - periodycznie zawarczy skuter.
Po sniadaniu zaczynamy zwiedzanie miasta.

środa, 18 kwietnia 2012

Pierwszy wieczor w Hue

Wietnam okazuje sie malym miejscem, skoro w drodze do hotelu spotkalismy naszych Holendrow z rejsu po zatoce Ha Long :)

Po rozgoszczeniu sie w hotelu i kapieli udalismy sie na pierwszy rekonesans do miasta. Jak juz wczeszniej pisalem znowu ta tkanka miejska utworzona jest w inny sposob niz wczesniej przez nas spotykane. Duzo wysokich domow i gigantycznych hoteli. Szerokie chodniki i ulice - przez to ruch nieco mniej uciazliwy. Nasz hotelik stoi w bocznej uliczce w centrum. Gdybym nie wiedzial, ze na pewno on tam jest to w zyciu bym sie tam nie zapuscil. Pozory jednak myla zaraz obok naszego hotelu na tej samej obskurnej ulicy znajduje sie ekskluzywna japonska restauracja. Zorientowalismy sie ogolnie w topografii okolicy i powedrowalismy na ulice wskazana nam przez recepcjonistke jak zaglebie kulinarne.

Jak sie dowiedzialem, czesc czytelnikow uwaza, ze za bardzo koncentruje sie na aspektach kulinarnych naszej wyprawy, mniej uwagi poswiecajac innym rzeczom. Coz - prawda jest taka, ze Wietnam wlasnie kuchnia zaslynal na swiecie - czemu wcale sie nie dziwie, bo jest ona niezwykle zroznicowana, bogata i ciekawa. Co wazne, latwo trafia w nasze europejskie gusta (co nie zawsze ma miejsce w przypadku innych dalekowschodnich kuchni). Pojutrze zapisalismy sie na kurs gotowania po wietnamsku, w restauracji, w ktorej zjedlismy kolacje.

Byl to jeden z najlepszych posilkow jakie tu jedlismy. Znowu lut szczescia, ze w ogole trafilismy do tej restauracji, bo zadnych bialasow tam nie bylo (w ogole nie bylo ludzi). Ale juz nauczylismy sie, ze nie jest to wyznacznikiem jakosci restauracji. Juz poprzednio bylo tak, ze gdy zasiadalismy w jakims pustym lokalu zaraz pojawiali sie nastepni biali konsumenci, na zasadzie: o sa biali, to znaczy, ze lokal nadaje sie do konsumpcji (niekiedy nawet pytali nas o rekomendacje)...

Wyprobowalem dzisiaj dwa kolejne gatunki miejscowego piwa:
Thuda
Festival - specjalnie wazone na festiwal miasta Hue odbywajacy sie w tym roku.
Uwagi co do nich jak poprzednio.

Po przyjsciu do hotelu zgodzilismy wycieczke po miescie na jutrzejszy dzien. Nawet nie wahalismy sie - dokladnie zawiera ona te elementy, ktore chcielismy zobaczyc, a jej koszt jest niewielki.
Musialem zatluc dwa karaluchy, bo krecily sie po pokoju i przeszkadzaly Asi - bardzo zwinne i trudne do trafienia. Wielkie jak czolgi. Po powrocie do domu trzeba bedzie rozpakowywac sie na klatce schodowej, zeby tego swinstwa nie przywlec.

Hotel w Hue

Znowu zupelnie inny typ osadnictwa miejskiego niz w miastach, ktore do tej pory widzielismy.
Hotelik malutki stojacy blisko centrum. Bardzo mile przyjecie - powitalna wietnamska herbata z lodem i owoce. Pokoik malutki na samej gorze budynku z widokiem na osiedle mieszkaniowe. Mimo blednej rezerwacji, ktora wczoraj uczynilismy przez internet, dzisiaj wszystko bylo juz wyprostowane.
Portier niezle sie zasapal wnoszac nasza torbe na gore - a uprzedzalem, zeby tego nie ruszal...
Autobus podrzucil na glowna turystyczna ulice miasta, a stamtad wzielismy zwykla taryfe za 2 USD, bo nie mialem juz sily walczyc z topografia miasta.

W drodze do Hue

W hotelu troche odzipnelismy, z nudow zwiedzilismy caly osrodek jeszcze raz. Punkt 13:30 zjawil sie po nas pan, ktory podrzucil nas do hotelu, gdzie oczekiwac mielismy autobusu do Hue. Przyjechal po 15 min. - co wybredniejsze gusta moglby oczywiscie razic swoim brudem, ale mnie zadowala fakt, ze mam siedzace, a klima dziala dosc sprawnie. Nie ma oblozenia - raptem jedna trzecia miejsc zajetych. Bedziemy jechac 4 godz., wiec jest czas zeby pospac troche. Lapy pieka zywym ogniem - tak jak Asia nogi, tak ja spalilem je sobie na rowerze.

Jedziemy przez Danang, bo to po trasie, wiec mozemy blizej przyjrzec sie gigantycznym hotel wyrastajacym jeden obok drugiego na brzegu morza. Ciekawe czy spodziewaja sie, ze beda mieli w nich oblozenie..

W Wietnamie bardzo popularne sa rozmaite karciane gry - stad wszedzi spotykamy porozrzucane karty.

Widzac przesuwajace sie za oknem widoki miasta, utwierdzamy sie w przekonaniu, ze Danang powstaje juz jako miasto na modle zachodnia.

Patrzac na naszych miejscowych wspolpasazerow mozna powiedziec, ze kazdy podruzujacy Wietnamczyk, to samodzielne przedsiebiorstwo transportowe - objuczony nieodlacznymi oklejonymi kartonami, worami i torbami. Potem caly ten majdan upychaja na okolo zostawiajac tylko niewielka przestrzen dla siebie :)

Piwa ktorych tu do tej pory probowalem:
Bia Ha Noi
Larue
Tiger
W smaku do siebie wszystkie podobne - malo zdecydowane, rozwodnione, bez wiekszej goryczy - maja jednak ta zalete, ze dobrze zmrozone, swietnie orzezwiaja! :)

Po drodze do Hue zlapala nas burza, ktora zeszla z gor - na szczescie nic groznego.

Na mapie odleglosc z Danang do Hoi An jest taka sama jak Danang do Hue. Ta pierwsza pokonuje sie w godzine, ta druga w cztery. Zastanawialem sie gdzie tkwi zagadka, do czasu jak zobaczylem droge, ktora musielismy pokonac gory (te od burzy) - serpentyny wykute w zboczach.

Z drogami w Wietnamie to jednak jest lepiej niz w Polsce - maja wiecej odcinkow autostrad. Fakt nawierzchnie nie pierwszej jakosci, ale oni zadko jezdza szybko.

W jednej z licznych po drodze wiosek zobaczylismy pierwszy tutaj kosciol - niewielki budynek w neogotyckim stylu, pomalowany na zolto i tak jak wszystkie starsze budynki tutaj pokryty grzybem...Widac w tej wiosce mieszka mniejszosc chrzescijanska.

W koncu po 3 godz. 30 min. dotarlismy do hotelu.

Po powrocie z nad morza

Droga powrotna z nad morza zabrala nam znacznie wiecej czasu - pobladzilismy przed samym Hoi An i trzeba bylo nadrabiac drogi. Prosto pojechalismy do "naszej" knajpy zeby jeszcze przed podroza do Hue odsapnac troche i cos przegryzc. Gdy ruszalismy z nad morza pogoda zmienila sie radykalnie i wyszlo slonce - teraz jechalo sie ciezej. Asia po drodze spalila sobie nogi :) Znowu tryskam woda ze wszystkich porow. Piwo poprawilo gospodarke plynow w moim organizmie. Pani w restauracji jak sie okazalo widziala, ze wczoraj wieczorem bylismy u niej, ale nie zostalismy obsluzeni i bylo jej z tego powodu glupio, wiec zeby sie nie martwila napisalismy jej ladna rekomendacje po polsku - takie notatki sa wkadane do kazdego menu na pierwszej stronie.

Za 45 min. Wyjezdzamy do Hue.

Nad morzem

Po sniadaniu wymeldowalismy sie z hotelu, ale zostawilismy na recepcji nasze bagaze (coraz wieksze). Obok hotelu wynajelismy rowery i pojechalismy na plaze na przedmiesciach Hoi An. Mielismy mozliwosc doswiadczyc wietnamskiego ruchu ulicznego - na szczescie w lekkim wydaniu. Trasa zajela nam 15 min. Rowery zaparkowalismy w miescu wskazanym nam przez specjalne sluzby i powedrowalismy nad morze. Plaza prawie pusta - moglibysmy mawet w spokoju posluchac fal, ale od razu pojawili sie moblini sprzedawcy pamiatek, ktorym pozwolilismy sie naciagnac na kolejne wietnamskie gadzety (bylo to nawet sympatyczne, bo nie sa oni nachalni i chetnie sie targuja). Potem pospacerowalismy po piasku ogladajac posadowione na brzegu luksusowe osrodki wypoczynkowe, a potem zajrzelismy na drinka do knajpy w cieniu palm.

Ostatni pranek w Hoi An

Dzisiaj wreszcie nie trzeba sie zrywac bladym switem, zeby cos zwiedzac / ogladac. Jedyny punkt planu jaki mamy tego dnia zrealizowac to przejechac do Hue. Reszte czasu mozemy wykorzystac dowolnie, a wiec pierwsza, podstawowa sprawa - wyspac sie. Postanowilismy zakosztowac luksusu i sniadanie w hotelu zamowilismy dzis do pokoju :)

Wczoraj zastanawialismy sie nad problemem zywienia na wlasna reke w Wietnamie. Szczerze mowiac bylo by to bardzo trudne. Cos co przypominalo klasyczny sklep spozywczy, widzielismy tylko raz w Ha Noi - ale i jego asortyment sprowadzal sie w glownej mierze do napojow i slodyczy. Pieczywo mozna co prawda kupic od mobilnych sprzedawcow, ale nic po za tym. Czesc produktow, mozna oczywiscie nabyc na bazarach - ale wtedy proste wyjscie po za kupy na sniadanie urasta do rangi sporego przedsiewziecia handlowego. Wynika z faktu, ze zywienie zbiorowe w rozmaitych barach, knajpach i restauracjach jest tutaj tak tanie i powszechne, ze nikt nie zawraca sobie juz glowy gotowaniem w domu (chyba, ze na szczegolne okazje), wiec i sprzedaz produktow stala sie nieoplacalna.

Wczoraj po raz pierwszy od momentu przyjazdu do Wietnamu uzylem okularow przeciwslonecznych. Dzisiaj od rana pogoda bardziej laskawa: jest pochmurno - co nie znaczy, ze nie jest jednak goraco :) Okazalo sie, ze wczorajsze sloneczko w My Son zadzialalo gwaltownie i wszystko co mielismy nieosloniete /nieposmarowane blokerem mamy mocno opalone (np. wierzchy stop miedzy paskami sandalow :)

Sniadanie (dzisiaj o kwadrans wczesniej niz zamawialismy, wiec to sie kompensuje z wczorajszym spoznieniem) zjedlismy na tarasie :)

wtorek, 17 kwietnia 2012

Drugi wieczor w Hoi An

To byl dlugi dzien, ktory mimo wszystko minal bardzo szybko :) Wieczorem (mimo, ze staralismy sie troche odpoczac po poludniu, w hotelu) tylko pozaiczny glod zmotywowal nas do ponownego wyjscia na miasto.
Spotkalo nas rozczarowanie - w naszej ulubionej knajpie - Sao Mai - niestety byla wieksza wycieczka i nikt z obslugi nie raczyl sie nami zainteresowac. Po 10 min. bezowocnego oczekiwania poszlismy gdzie indziej. Gdzie indziej nie bylo juz tak smacznie - sprobowalem wreszcie ryby w lisciach banana. Po kolacji jeszcze poszlismy w inne miejsce na nabrzerze na drinka przed spaniem. Asie denerwowaly troche biegajace tam karaluchy wielkosci malych czolgow, ale nami sie one nie intersowaly - generalnie bylo to calkiem fajne miejsce. Potem zrobilismy jeszcze zakupy lokalnych slodyczy i napojow, i powleklismy sie do hotelu.

Nie obszylismy sie - byl taki plan; ja chcialem przywiezc sobie garnitur, a Asia bluzki, ale nie znalezlismy juz czasu na wybieranie krawcow, zeby nasze pomysly zrealizowac. Tym bardziej, ze wymagalo by to rowniez poswiecania go na przymiarki.
Zalu z tego powodu jednak nie czujemy - przynajmniej poswiecalismy ten czas na zobaczenie kilku ciekawych rzeczy.