Od jedzenia paleczkami juz bola nas miesnie nadgarstkow - jednak czlek nienawykly :)
Dzisiejszy obiad spalil moje kubki smakowe, ale warto bylo sie poswiecic - kurczak w trawie cytrynowej i czili byl znakomity!
Po obiedzie udalismy sie na zwiedzanie tej czesci Hoi An, ktora wczoraj z racji koniecznosci kupienia zbiorowego biletu odpuscilismy sobie, bo juz bylo za pozno.
Zwiedzilismy najstarszy istniejacy dom na starowce miasta, muzeum garncarstwa i trzy swiatynie.
Dane budownictwo mieszkalne Hoi An bardzo nam sie podoba - domy wygladajace od ulicy na bardzo ciasne, sa w rzeczywistosci majstersztykami zagospodarowania przestrzeni.
Swiatynie kolorowe, bogato zdobione, raczej podobne do siebie, ale z bardzo ladnymi ogrodami.
Po zwiedzaniu szal zakupow - kolejna partia bawelny i regionalnych gadzetow :)
Maly postoj na piwo w zacisznej knajpce i kolejna tura rewizji bazarow i sklepow na starowce. Troche poszalelismy, ale ceny sa bardzo atrakcyjne. Markowe koszulki polo np. Lakosty, z metkami, sygnaturami i w firmowym opakowaniu za 7 USD :) Ciekawe jakie sa straty tych firm na towarze wychodzacym z magazynow bokiem / produkowanych dodatkowo?...
Po zakupach skorzystalismy z komputera na recepcji, zeby zarezerowowac hotel w Hue. Po za tym kupilismy bilety na autobus do Hue.
Przed kolacja odpoczynek w hotelu, bo poranna wycieczka i popoludniowe bieganie po miescie mocno nas zmeczyly. Dobrze, ze pogoda sie zepsula - zrobilo sie pochmurno i upal zlagodnial.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz