Na dworcu brak jakichkolwiek ostrzezen podobnych do naszych, typu "Strzez sie pociagu!" - torowisko prosto w chodniku, jak u nas tramwajowe w jezdni, wiec zadnego problemu z chodzeniem po nim, a tym bardziej z wsiadaniem do pociagu.
Teraz z perspektywy zakonczonej wycieczki na Ha Long oboje uwazamy, ze byla ona niezwykle udana - rozniez pod wzgledem towarzyskim. Nasi wspolpodroznicy w konsekwencji okazali sie ludzmi bardzo serdecznymi, wiec z pelnym przekonaniem zyczylem im zebysmy mieli kiedys okazje znowu spotkac sie na szlaku.
Pociag nie jest demonem predkosci, ale ku mojemu zdumieniu klima bardzo skuteczna - nawet mnie robi sie zimno. Oczywiscie centralnie sterowana, wiec o regulacji nie ma mowy. Stad te grube jak na lokalne warunki koldry.
W Ha Noi i w innych miejscach nie widzialem w ogole osob zebrzacych. Wszyscy staraja sie cokolwiek sprzedawac lub w ogole robic - a z drugiej strony nie sa chciwi na napiwki.
Kibel w pociagu jest, woda/papier/mydlo rowniez sa, ale na podlodze woda po kostki...W gniazdku brak pradu.
Byl facet sprzedajacy zarcie, ale w tym zakresie jestesmy samowystarczalni - zaopatrzylismy sie w rozmaite buly w piekarni po drodze na dworzec. Z tym, ze pieczywo wyraznie nie jest ich specjalnoscia :) Natomiast ku mojemu zadowoleniu na pokladzie dozwolone jest spozywanie alkoholu - u obslugi w pelnym asortymencie dostepne miejscowe piwa, w cenie nizszej niz rano na statku.
Noc minela bardzo szybko. Trudno powiedziec, ze ja cala przespalismy, bo pociag stawal czesto na stacjach i przejazdach, szarpal rowniez gwaltownie przy pokonywaniu wzniesien. Mimo pozycja lezaca znacznie ulatwiala dluzsze drzemki - tak, ze o swicie czulem sie nawet wypoczety. Co ciekawe w odroznieniu od rodzimych koleji nie mam tu smaku aluminium w ustach :) Za oknem pogoda idealna, w odroznieniu od poprzednich dni, a to juz oznacza potezny upal. O 6.30 przyszedl pan z zamowieniem na sniadanie - poprosilismy o herbate, a dostalismy wieprzowine z kapusta i makaronem (blad komunikacyjny na bazie dwoch jezykow: tea - ang. herbata, wymawia sie podobnie jak wieprzowina po wietnamsku, a tutaj rano pije sie kawe, wiec facet wyszedl z prostego zalozenia, ze zamawiamy sniadanie, a nie picie - oni jak juz wczesniej pisalem jedza obfite sniadania, odpowiadajace nszym obiadom). Coz nie bedziemy z tego powodu narzekac. Pociag nagle ozyl - nie ma juz mowy o spaniu, bo z glosnikow leci muzyka i zaczely sie glosne rozmowy. W kiblu brak juz papieru i wody - tym na szczescie nie sa w stanie nas zaskoczyc :)
No dobra - juz mi sie znudzilo - przed nami jeszcze 4 godz. jazdy - co ciekawe przez ten czas zrobimy ok. 100 km do Danang, ale jak juz wczesniej pisalem, ten pociag nie jest demonem predkosci.
Wiekszosc turystow wysiadla w Hue. Nam na szczescie na calej trasie nikogo nie dokwaterowali, wiec mamy caly przedzial dla siebie.
Wreszcie pojawily sie rzeczywiscie robiace wrazenie widoki za oknem. Upal panujacy na zewnatrz mozna sobie wyobrazic chodzac po nieklimatyzowanych czesciach pociagu. Obsluga pociagu bardzo gorliwa - sprawdza klimaytyzacje, stale proponuje pozywienie i napoje, pyta na jakiej stacji chcemy wysiasc. Czas na drugie sniadanie - okazalo sie, ze wietnamskie jagodzianki to w rzeczywistosci sprytnie zakamuflowane bulki z parowkami :) Nie odczuwam tych 17 godzin podrozy jako bardzo uciazliwych - moglbym nawet rzec, ze odpoczalem podczas nich. Jeszcze dwie i dotrzemy do Danang.
Do Danang dotarlismy godzine przed planowanym czasem przyjazdu - fajnie!
Razem z turysta z Anglii, ktory rowniez byl zaskoczony wczesniejszym przyjazdem na miejsce znalezlismy od razu akceptowalny cenowo transport do Hoi Ann. Na dworcu ostatnia kontrola biletowa przy wyjsciu.
Teraz godzina podrozy do hotelu.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz