
Zmeczenie po calym dniu rozmaitych wrazen (no moze, nie az tak silnych jak wczesniej bywalo) bierze nad nami gore. Mysz poszla spac na fotelach w poczekalni - mnie tez juz sie oczy kleja, a do odlotu mamy jeszcze godzine. Jak wszedzie w Wietnamie, spotykamy Polakow.
Po drodze na lotnisko znowu widzielismy sypialny autobs zdazajacy do Sapa - kapitalna sprawa. To niestety jedna z rzeczy, ktorych tym razem nie mielismy szansy sprobowac. Zamiast siedzen sa dwa rzedy koji (jak w sleepingu kolejowym) idace przez dlugosc calego autobusu.
Osoba, ktora zabrala sie razem z nami z hotelu na lotnisko okazala sie Niemka lecaca rowniez do Frankfurtu.
Czekam juz niecierpliwie na kolacje i drinka na pokladzie i ide w kime - tym razem mam wrazenie, ze uda mi sie chociaz troche pospac w drodze. Z reszta zgodnie z procedura musza nas szybko polozyc spac, zeby potem wczesnie wybudzi, tak by zmniejszyc stres dla organizmu zwiazany z Jet Lagiem.
Za pol godziny zacznie sie pokladowanie, a poniewaz to znowu wielki samolot to pewnie potrwa tyle co w tamta strona.
Wietnamczyc zabieraja ze soba jakies gigantyczne ilosci bagazu - popakowane w oklejone kartony. Jak widzialem niejeden musia zrezygnowac z czesci swojego ladunku, przekraczajac dopuszczalny limit. Na szczescie kazdego z nich odporwadza rodzina, wiec jest komu przejac nadwyzke z powortem.
Odprawa realizowana przez Wietnam Airlines nie jest ich mocna strona - duzy balagan, a przez to opoznienia.
Poczekalnia zapelnila sie - dwa duze samoloty do Europy startuja o mniej wiecej tej samej porze.
Przed kontrola bezpieczenstwa wyzlopalismy z Asia 1,5 litra wody, zeby nie wyrzucac, bo zabrac na poklad nie pozwalaja - a wiec jeszcze tam gdzie krol chodzi piechota i bording (juz sie ustawila kolejka). Polakow coraz wiecej wokol nas.
Meldujemy sie na pokladzie. Zaraz po starcie drinki i kolacja. Zarcie takie jak w tamtad strone - bardzo dobre. Miejsca slabe, bo po srodku kadluba, ale przynajmniej zaraz obok WC - samolot zapakowany na maksa.
Po podwojnym ginie z tonikiem zapadam w sen tak gleboki, ze przesypiam wieksza czesc podrozy. Potem juz jest sniadanie i ogladamy film.
Bez problemow ladujemy we Frankfurcie, o czasie - mimo gorszych warunkow podrozy, minela mi ona lepiej niz poprzednio. Asia tradycyjnie przed samym ladowaniem zasnela :)
We Frankfurcie wlasnie wstaje swit - wiec zmiana czasu chyba nie bedzie az tak bardzo bolesna :) Zimno tu, a ja w koszuli, sandalach i na szczescie dlugich spodniach.