Wczoraj zastanawialismy sie nad problemem zywienia na wlasna reke w Wietnamie. Szczerze mowiac bylo by to bardzo trudne. Cos co przypominalo klasyczny sklep spozywczy, widzielismy tylko raz w Ha Noi - ale i jego asortyment sprowadzal sie w glownej mierze do napojow i slodyczy. Pieczywo mozna co prawda kupic od mobilnych sprzedawcow, ale nic po za tym. Czesc produktow, mozna oczywiscie nabyc na bazarach - ale wtedy proste wyjscie po za kupy na sniadanie urasta do rangi sporego przedsiewziecia handlowego. Wynika z faktu, ze zywienie zbiorowe w rozmaitych barach, knajpach i restauracjach jest tutaj tak tanie i powszechne, ze nikt nie zawraca sobie juz glowy gotowaniem w domu (chyba, ze na szczegolne okazje), wiec i sprzedaz produktow stala sie nieoplacalna.
Wczoraj po raz pierwszy od momentu przyjazdu do Wietnamu uzylem okularow przeciwslonecznych. Dzisiaj od rana pogoda bardziej laskawa: jest pochmurno - co nie znaczy, ze nie jest jednak goraco :) Okazalo sie, ze wczorajsze sloneczko w My Son zadzialalo gwaltownie i wszystko co mielismy nieosloniete /nieposmarowane blokerem mamy mocno opalone (np. wierzchy stop miedzy paskami sandalow :)
Sniadanie (dzisiaj o kwadrans wczesniej niz zamawialismy, wiec to sie kompensuje z wczorajszym spoznieniem) zjedlismy na tarasie :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz