czwartek, 19 kwietnia 2012

Znowu w Hue

Lodz zostawila nas na nabrzezu zaraz obok zaglebia kulinarnego.
Oczywiscie w momencie gdy dobijalismy pogoda sie zepsula i zrobilo sie bardzo pochmurno i wietrznie.
Kierownik wycieczki nie skasowal nas za nia - troche zaskakujace, ale biorac pod uwage fakt,
ze hotel jest jej organizatorem i ma
przy okazji nasze paszporty, to sadze, ze nic nam nie bedzie darowane :)

Na wszelki wypadek zahaczylismy o bankomat - szybkosc z jaka mozna tu wyplacic srodki polska karta przewyzsza nawet niektore bankomaty w kraju. To nie to co w Meksyku, gdzie po kilku minutach czekania na realizacje transakcji zastanawialismy sie, czy juz nam na dobre polknal karte.

Perspektywa powrotu do przegrzanego hotelowego pokoju, z chrzaszczami biegajacymi po podlodze byla dla nas malo pociagajaca, wiec doszlismy do wniosku, ze najpierw pojdziemy na piwo.
Gdy udalo nam sie wreszcie troche ochlonac i ustapily wstepne objawy udaru slonecznego - okazalo sie jak bardzo jestesmy zmeczeni. Powleklismy sie wiec do hotelu, po drodze jeszcze ostatkiem sil robiac najpotrzebniejsze zakupy.
Asia wyjasnila pani na recepcji kwestie karaluchow - w pierwszej chwili zostala blednie zrozumiana i zapropnowano nam Coca-cole. Dopiero gdy wyjasnila, ze chodzi nam o sporego insekta z duza liczba nog, pani pojela w czym rzecz i powiedziala, ze juz sie tym zajeli przy sprzataniu. Na wszelki wypadek ubezpieczalem sie trzymanym w pogotowiu sandalem, wchodzac do pokoju. Mimo to brak sladow aktywnosci przeciwnika. Pokoj nagrzany jak piec - natychmiast rozkrecilismy na ful klime. Sprawdzilismy w przewodniku czego z planowanych rzeczy nie obejrzelismy - okazalo sie, ze straty sa minimalne, wiec utwierdzilo nas to tylko w przekonaniu, ze wybor porannej wycieczki byl slusznym posunieciem. Potem Asia poszla spac, a ja postanowilem napisac do Lonely Planet, zeby poprawili w nastepnych wydaniach swojego przewodnika ceny wstepow w Hue :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz