Dzisiaj mieszkancy obchodza buddyjskie swieto lunarnego miesiaca, ktore zawlaszczyli sobie rowniez socjalisci - w zwiazku z tym wszystkie przydomowe oltarzyki zawalone sa darami, miasto zas dekoruja flagi narodowe i transaprenty.
W swiatyni literatury trafilismy akurat na kiermasz prasy i ksiazki, wiec tlumy zwiedzajacych (zwlaszcza mlodziezy szkolnej), gwarno, kolorowo i wesolo. Obiekt nieduzy, ladnie polozony w zacisznym ogrodzie, wielobudynkowy.
Powoli zmieniam zdanie o Ha Noi, gdy mamy szanse wreszcie blizej jej sie przyjrzec. Bardzo zroznicowana pod wzglem zabudowy. Wiecej tez ludzi probujacych cos nam wcisnac i nieco bardziej upartych w tym zamiarze.
Mauzoleum Ho Szi Min'a akurat bylo nieczynne, bo zamkniete ze wzgledu na przerwe obiadowa :) Ale przynajmniej na spokojnie obfotografowalismy je z zewnetrza, bo nie bylo ludzi. Obejrzelismy "Pagode na jednym filarze" i miejscowy plac defilad :)
Wycieczka mimo wszystko dosc meczaca, bo odleglosci do pokonania duze. Ruch uliczny nie robi juz na nas zadnego wrazenia, wiec poruszamy sie miedzy skuterkami i samochodami jak rybki w wodzie ;)
Dlatego wedrowanie po miescie - tym bardziej bez jakichkolwiek bagazy (nosimy tylko aparat fotograficzny, bo picie mozna kupic wszedzie) jest teraz bardzo fajne :) Mimo to ok. 14.00 zmeczenie dalo o sobie znac i postanowilismy przysiasc gdzies na piwo. Wybor padl na knajpy w naszej turystycznej okolicy. Cenowo oczwiscie drozej niz na prowincji (stolyca - sie wie!), bardziej pod turystow, wiec tak bez charakteru.
Odzipniemy nieco w hotelu, obmyslimy plan na druga polowe dnia i znowu w droge!




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz