Po drzemce wyprawa na dworzec kolejowy po bilety do Danang na 15.04. Nie było łatwo, bo mapa nieco upraszcza (cztaj: komplikuje) rzeczywistość. Zwiedzilismy wiec po za planem kawał starówki.
Dworzec solidny, mały i brzydki. Tory kolejowe zamykane brama, perony na zupełnie innej ulicy. Ponieważ lazimy po mieście w godzinach szczytu, wiec trzeba było przejść przyspieszony kurs przechodzenia przez ulice w zgiełku nieskoordynowanego ruchu rowerów, skuterów i samochodów, we wszystkich kierunkach. Na dworcu sukces: udalo nam kupic bez problemu bilety na nocny pociąg w wersji z mijscami do lezenia, na interesujący nas termin. Pani była bardzo pomocna.
Sukces wymagał uczczenia - znaleźliśmy niedaleko naszej kwatery przytulna knajpe. Bardzo dobre sakgonki, ale kurczaka w słodko-kwasnym można zrobic lepszego w domu...
Przerażeniem napawa miejscowa waluta - kosmiczna denomimacja. Dlatego autochtoni sami ufają raczej dolarowi amerykańskiemu - można nim płacić nawet w instytucjach państwowych.
W ciąg dnia w mieście klimat bardzo uciążliwy - gorąco, wilgotno i smog ze spalin z tysięcy pojazdów. Mam wrażenie jakbym cały czas chodził po wzieciu prysznica w ubraniu. Ale bohatersko noszę długie spodnie - miejscowi nie powazaj mężczyzn w szortach :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz